To, że napiszę kilka słów o moim pobycie w Kanadzie było pewnym od samego początku. Wojtek – kolega, u którego mieszkałem – śmiał się, że materiału zebrałem sobie na kilka porządnych wpisów. Gdy jednak dziś usiadłem do klawiatury miałem spory mętlik w głowie. Od czego zacząć, co interesuje Was najbardziej, czy przypadkiem nie będę przynudzał.
Postanowiłem dawkować emocje. Może emocje to za dużo powiedziane, prawdą jednak jest, że nie jestem w stanie napisać wszystkiego w jednym wpisie. Postanowiłem więc zacząć – jak to zwykle bywa – od ogółu, aby powoli w kolejnych wpisach bardziej szczegółowo napisać o wizycie w Hockey Hall of Fame, meczach w Scotiabank Place i Air Canada Centre czy prawdziwej Kanadzie, jaką miałem okazję obejrzeć w Civic Centre podczas meczu Ottawa 67’s.
Muszę przyznać szczerzę. Kanada zrobiła na mnie wrażenie. Moja wizyta zbiegła się z wyborami w Polsce, a obawy o ich wynik powiązane z normalnością, jakiej doświadczyłem w Kanadzie mocno mnie zdołowała. Bo w zasadzie Kanada to normalny świat. Rzeczy naturalne, intuicyjnie czujemy, że nie mające nic w sobie nadzwyczajnego, po prostu normalne, bywają niestety czymś, co powoduję, że się uśmiechamy z politowaniem myśląc o codzienności w Polsce. Wstyd się przyznać, ale normalność zrobiła na mnie największe wrażenie. Oczywistym jest, że i Kanadyjczycy mają swoje problemy, ale jakże inne są one od tych, które są naszą codziennością. I tam są ludzie bez pracy, ludzie biedniejsi, i tam są ludzie dobrzy i źli. Różnica, którą widać po paru dniach gołym okiem, jest ludzka mentalność. Poszanowanie własności, poszanowanie odmienności, wzajemne zaufanie, poczucie bezpieczeństwa. Slogany? Naiwność? Przez chwilę odbierałem to identycznie, dopiero potem zdałem sobie sprawę, że myślę jak Polak, cwaniak przyzwyczajony do codziennej walki. Naprawdę przez chwilę przemknęła mi przez głowę myśl o tym, że Kanadyjczycy są strasznie naiwni. Poprawiłem się jednak. Oni są normalni. To my w Polsce staramy się, co chwila udowadniać sobie i innym, że jesteśmy lepsi, bardziej cwani. Szkoda, bo można normalnie żyć.
Przykłady? Choćby automaty z prasą. Wyobrażacie sobie taki w Polsce, w dowolnym mieście, na większym skrzyżowaniu? Wrzucasz przykładowe dwa złote, otwierasz drzwiczki i masz dostęp do wszystkich gazet. Wyobrażasz sobie ilu byłoby ludzi, którzy po wrzuceniu dwóch złotych wyjęliby więcej niż jedną gazetę? Kolejny przykład, edukacja. Tam nikomu nie przejdzie nawet przez myśl ściągać podczas sprawdzianów, klasówek czy kolokwiów. Niemożliwe! A jednak, kultura i mentalność ludzka jest tam inna.
Jakie jeszcze zobaczyłem różnice? W Polsce, przynajmniej w Warszawie, jakby nie patrzeć sporym mieście, wszyscy gdzieś gonią. Zawsze jesteśmy w biegu, potrącamy się na ulicy, biegniemy do autobusu, gonimy za pieniądzem. Nie nauczyliśmy się jeszcze konsumować tego, co mamy, wciąż gonimy za kolejnym groszem. Czy to jest jeszcze pozostałość po przeszłości? Zapewne tak. W Toronto, które jest znacznie większe od Warszawy i zamieszkane przez większą liczbę ludzi nie zauważyłem tego pędu. Nie tylko Margaret, żona Wojtka, ale cały naród Kanadyjski wydaje mi się nad wyraz cierpliwy. Oczywiście mówię o życiu codziennym. Ludzie spokojnie czekają na swój pociąg na Union Station, nie przebierają nogami, nie chodzą po peronie w jedną i drugą stronę. Pociąg przyjedzie.
Identyczna sytuacja na parkingu przed Scotiabank Place po meczu z Montreal Canadiens. Hala wypełniona po brzegi, 20 tysięcy ludzi. Pod halą spory parking i pewnie z dwa tysiące samochodów przynajmniej. Wyjeżdżamy spod Scotiabank Place jakieś 40 minut. Przez ten czas nie usłyszałem żadnego klaksonu, przekrzykiwania się. Nikt nikomu nie jechał zderzak w zderzak, aby tylko nikogo nie wpuścić przed siebie. Więcej, ludzie puszczają innych przed siebie, uśmiechają się. Jasne, Sens wygrali. I coś w tym jest, mnie także się nie śpieszyło. Obejrzałem mecz moich ulubieńców, wygrali, było emocjonujące widowisko, siedzę w ciepłym samochodzie, słucham w radio rozmów komentatorów po meczu… Wojtek śmieje się, że urodziłem się chyba nie w tym kraju, co trzeba.
Uśmiech nie znika z ust Kanadyjczyków. Naprawdę. Wchodzą do sklepu, ekspedientka uśmiecha się, pyta jak mija dzień, wymienia z Tobą standardowe grzeczności. Normalne. Szokujące. Pierwszy mój raz w sklepie w Polsce po powrocie był jeszcze bardziej szokujący, kiedy kupując coś do pica z głupia frant zapytałem obsługującą mnie kobietę, jak mija jej dzień. Była zaskoczona, nie odpowiedziała. Jakby nie usłyszała. Oczywiście spróbowałem raz jeszcze, gdzie indziej. Wynik był znacznie przyjemniejszy, kobieta uśmiechnęła się, podziękowała mówiąc jednak, że bywały lepsze… Śmieszna rzecz, przypomniały mi się wtedy pierwsze lekcje języka angielskiego. Byłem dzieciakiem, to mi jednak utkwiło w pamięci. Ucząca nas nauczycielka powiedziała, że Anglik na pytanie, jak się czujesz, jak mija dzień, zawsze – bez względu na to, co mu się przytrafiło, okradli go, złamał rękę – odpowie, że dobrze. Stereotyp? Zwrot grzecznościowy? Obojętne, jest przyjemne. Uśmiechasz się. Inna mentalność.
Przypomina się zaraz taka anegdota. Gdy sąsiad Amerykanina kupuje owy samochód, ma większy, ładniejszy dom, Amerykanin się cieszy. W problemie ma, do kogo się zwrócić. Gdy sąsiad Polaka kupuje nowy samochód, ma większy, ładniejszy dom, Polak jest zazdrosny. Zawistny. Jasne, mocno przejaskrawione, ale przecież nie, dlatego od zawsze bawią nas ‘Sami Swoi’ czy ‘Nie ma mocnych’. Mentalność.
Żeby nie skończyć pesymistycznie… piwo w Kanadzie – osławione i zapewne znane każdemu kibicowi NHL Molson Canadian – nie da się pić. ‘True Canadian taste’… lipa, mi Kanada smakowała znacznie lepiej.
sixth sens