19 marzec 2008

Tydzień w Kanadzie /4/

Mecze oglądane na żywo, z wypełnionej po brzegi kibicami hali to zupełnie inna bajka niż relacja w telewizji. Oczywista oczywistość, jak mówi jeden z braci. Niby wszyscy wiedzą, że zupełnie inne emocje towarzyszą w hali, inne przed telewizorem, jednak skali różnicy – przy najmniej w moim przypadku – nie da się łatwo określić.


Mój debiut miał miejsce nie gdzie indziej, jak w Scotiabank Place. Jeszcze dzień przed meczem widziałem ją z autostrady, miałem też okazje powąchać jej, objeżdżając samochodem wokół niej. Hala, w której Ottawa Senators rozgrywają swoje mecze zrobiła na mnie oczywiście ogromne wrażenie. Gwarantuje jednak, że wielu kibiców NHL byłoby równie zachwyconych. Scotiabank Place jest po prostu jedną z nowocześniejszych aren sportowych w NHL. Duża, przestronna, bezpieczna [bardzo szybko wyszliśmy po meczu z budynku], zachwycająca. To ostatnie to czysto subiektywne stwierdzenie, w końcu grają w niej moi Senators. Do środka weszliśmy w zasadzie zaraz po otworzeniu drzwi, ponad godzinę przed meczem. Restauracje, sklep – w dniu debiutu to dla mnie nie istniało – nie robiło wrażenia. Dopiero następnego dnia, już po ochłonięciu po wieczornych emocjach byłem w stanie zwrócić uwagę na wszystko, co oferuje Scotiabank Place. Mieliśmy dobre miejsca, emocje rosły z minuty na minutę. Wielokrotnie wspominany już w tym temacie Wojtek śmiał się, że nie miał okazji widzieć mnie niemówiącego przez dłuższą chwilę. Wydało się, jestem gadułą, jednak bycie w miejscu, w którym, na co dzień grają Senators zrobiło na mnie piorunujące wrażenie. Chłonąłem atmosferę, nie chciałem aby jakikolwiek szczegół umknął mojej percepcji, nie chciałem aby cokolwiek zagłuszyło tę chwilę. Niby nic, mecz, budynek a tyle potrafił wzbudzić we mnie emocji.

Trafiłem do Ottawy w najlepszym momencie. Widziałem pierwszy gol Nicka Foligno w NHL, widziałem Careya Price’a w bramce Montreal Canadiens, widziałem Tomasa Vokouna, Olliego Jokinena i Jacquesa Martina na ławce trenerskiej Florida Panthers. W sumie dwa mecze Ottawy, oba przy pełnych trybunach. Nawet nie wiem, kiedy minęły te trzy czy cztery godziny spędzone na miejscu.


Równie spore wrażenie zrobiła na mnie Air Canada Centre. Tu nie było już takich emocji, które w pewnym stopniu także uniemożliwiały pełen odbiór, było jednak równie ciekawie. AAC nie robi takiego wrażenia z zewnątrz. Jest niejako schowana między budynkami, ale spojrzenie na hale wieczorem z pewnej odległości, ujrzenie świecącego napisu Air Canada Centre, obrazka, który często widziało się jako tło dla tablicy wyników pokazywanej podczas przerw między tercjami było szalenie przyjemne. To było uczucie trudne do opisania, towarzyszące chyba często oglądaniu na żywo tego, co miało się okazję oglądać tylko w telewizji. Cała AAC wydaje się mniejsza od Scotiabank Place, a ustawienie trybun ludzi z lękiem wysokości [do których się zaliczam] może przyprawić o ciarki. Rzeczywiście było stromo, a że byłem na samej górze [dostanie biletów na mecz Leafs graniczy z cudem] to dopóki się nie przyzwyczaiłem walczyłem ze sobą. Widok na lód był jednak doskonały, przegląd pola, wszyscy zawodnicy w zasięgu wzroku, rozgrywanie zamka podczas przewagi, ustawienie taktyczne, przejście z obrony do ataku – wszystko to doskonale widać. Emocje także były ogromne. Marian Hossa, Ilya Kovalchuk z jednej strony, z drugiej Mats Sundin, Nik Antropov [ależ on jest wielki!] czy Vesa Toskala... Było, co oglądać, dogrywka – po golu w ostatnich sekundach trzeciej tercji – rzuty karne... Aż sam wydzierałem się ‘Go Leafs Go!’. A co!

Bezcenne.

Tydzień w Kanadzie /1/
Tydzień w Kanadzie /2/
Tydzień w Kanadzie /3/

sixth sens

1 komentarzy:

leopadka pisze...

moje gratulacje Senatorze! Świetnie przekazałeś emocje tamtych meczów! Przeczytałam z wypiekami na policzkach :)