Tydzień w Kanadzie /2/
Miejsce, które każdy kibic hokeja na lodzie, szczególnie tego w wydaniu NHL, powinien odwiedzić? Hockey Hall of Fame w Toronto. Nie da się ukryć, że to świątynia dla każdego kibica. Samo słowo świątynia niekoniecznie do końca oddaje charakter HHOF, porównałbym to raczej do nowoczesnego, multimedialnego centrum – nawet słowo muzeum wydaje się nieodpowiednie.
Muszę przyznać, że sama lokalizacja HHOF była dla mnie zaskoczeniem. Nie chodzi o to, że leżała w centrum Toronto, ale o fakt, że nie był to w pełni osobny budynek, tylko tętniący życiem biurowiec. I to nie taki, który kojarzymy z polskich miast, ale powiedziałbym ogólnodostępny, co akurat w Kanadzie – o czym będę jeszcze miał okazję pisać przy okazji przedstawiania zdjęć z Ottawy – wydaje mi się normą. Wszyscy i wszędzie mają dostęp.
Miłe wrażenie zrobił na mnie również człowiek sprzedający bilety wstępu. Nie było już wtedy dla mnie zaskoczeniem, to że oprócz przyjęcia gotówki zagadnął, przyjemnie jednak zrobiło się, jak zainteresował się skąd się przyjechało. Przyjemność – chyba nawet większą – sprawił mi widok jego zdumionej twarzy, jak powiedziałem skąd przyjechałem.
Nie będę opisywał poszczególnych stref HHOF, jak widzicie usilnie unikam słowa muzeum, napiszę jednak kilka słów o tym, co zrobiło na mnie największe wrażenie. Już samo wejście i prezentacja oryginalnych masek, w których mieli okazję występować między innymi tacy zawodnicy, jak Jacques Plante, Grant Fuhr czy Ken Dryden powoduje dreszczyk emocji i gęsią skórkę. Kolejne przyjemne wrażenie, które powoduje, że człowiek przenosi się nieco w inną rzeczywistość to wejście do NHL ZONE, które strzeżone przed dwa posągi hokeistów przynosi na myśl scenę z Władcy Pierścieni i Argonath, Kolumny Królów. Dziwne skojarzenie? Zapraszam do obejrzenia kilku zdjęć.
Podobało mi się również to, że obok historii hokeja pokazano historię rozwoju transmisji radiowych, przez chwilę można było wcielić się w rolę komentatora radiowego lub reżysera transmisji telewizyjnej. Można było usiąść na ławce szatni Montreal Canadiens. Oryginalnej, przeniesionej specjalnie do HHOF. Krążki, bilety, trykoty, łyżwy. Wszystko związane z NHL, z grającymi w lidze gwiazdami. Niemal – bo przez szybę – na wyciągnięcie ręki.
Dotknąć jednak można było Pucharu Stanley’a. Sam Puchar, jak również nagrody dla najlepszych zawodników znajdowały się w sporej sali, której sufit rzeczywiście wyglądał, jakby przeniesiony ze świątyni. Trudno było uwierzyć, że dotykałem Pucharu, który wznosił nad głową jeszcze niedawno Scott Niedermayer…
Galeria zdjęć.
sixth sens




0 komentarzy:
Prześlij komentarz